Ogólnie

 

 

Michał Rusinek urodził się w 1972 roku w Krakowie i nadal tam mieszka – z rodziną. Był sekretarzem Wisławy Szymborskiej, teraz prowadzi Jej fundację. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, gdzie prowadzi wykłady z teorii literatury i retoryki. Bywa tłumaczem z języka angielskiego, zdarza mu się pisywać książki dla dzieci i dorosłych oraz układać wierszyki czy teksty piosenek. Pisuje felietony o książkach i języku. 


A tak o sobie mówi w rozmowie z Hanną Rydlewską („Przekrój”, 31 XII 2012):

 
Lubię Jamesa Bonda, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, to jest niezła rozrywka, dobrze zrobiony produkt, który ceni się za cudowną powtarzalność niezbędnych, występujących w nim elementów. Poszedłem kiedyś na Bonda do kina w Londynie, tuż po premierze. Zabawne, że wszyscy Brytyjczycy śmiali się nawet w trakcie straszliwych pościgów, gdy wychwycili aluzje do innych filmów z serii albo do swojej angielskiej rzeczywistości. Już nie mówiąc o tym, że gdy słynny agent przedstawiał się „My name is Bond”, to wtedy całe kino dopowiadało „James Bond”, a gdy zamawiał martini i deklarował, że ma być „shaken”, to całe kino dopowiadało „but not stirred”. Drugi powód, dla którego mam słabość do Bonda, jest natury sentymentalnej. Filmy o Bondzie uwielbiałem oglądać w dzieciństwie, choćby dlatego, że były zakazane w Polsce przez cenzurę. Jakby nie było, do pewnego momentu agent Jej Królewskiej Mości walczył głównie z sowietami. 

 
*
Chyba jestem genetycznie impregnowany na seriale. Może to objaw ADHD, ale każda regularność napawa mnie lekkim niepokojem, także ta, którą wymuszają: konieczność oglądania serii, dodatkowy punkt tygodniowego rytuału. Oglądałem kilka odcinków „Dr House'a”, ale w tajemnicy przed żoną, która jest lekarzem. Pada tam bowiem mnóstwo tajemnych medycznych zaklęć, które laików wprawiają w zachwyt i podziw, a dla specjalistów są zazwyczaj jakimś ciężkostrawnym truizmem. Jest jeden, powtarzam, jeden serial, który mnie urzekł – „Northern Exposure”, czyli „Przystanek Alaska”. Niedawno ukazał na płytach DVD, ja owe płyty nabyłem i okazało się, że moja córka, która ma lat trzynaście, ogląda serial i ją on bawi. Mimo iż między poetyką seriali z lat 90. i tych kręconych teraz różnice są olbrzymie… Pewien znawca seriali powiedział mi kiedyś, że Hollywood zabiło dialogi, w filmach nie ma już intrygujących rozmów. Natomiast dobre dialogi przeniosły się do seriali. Może powinienem się przemóc i zacząć je oglądać?

 
*
Zauważyłem, że trudno mówi mi się o muzyce, to jest chyba intymna sprawa. Pamiętam, że w czasach, w których chodziłem do liceum, klasyfikowało się ludzi za pomocą muzyki. Bo wiadomo było, że jak ktoś słuchał zespołu „X”, to był skazany na niebyt towarzyski, a jak „Y”, to już było znacznie lepiej. Wspominam cudowne czasy binarnego podziału świata: na punków i poppersów. Ze względu na opadającą grzywkę bliżej mi było do poppersów. Byłem też skażony rodzinnie, jeśli chodzi o muzykę, ponieważ mój stryj ma jedną z największych kolekcji płyt z brytyjską muzyką pop z lat 50. Nawet, jako znawca, miał pod koniec lat 80. swoją audycję w Trójce. Już wtedy trudno było wejść do jego mieszkania ze względu na stosy płyt. Od dziecka byłem muzycznie edukowany przez mojego stryja. Nagrywał dla mnie specjalne kasety, z kawałkami, które każdy szanujący się człowiek znać powinien. Kiedy rozpocząłem poszukiwania muzyczne na własną rękę, zacząłem też z lekka szydzić z gustu muzycznego stryja, np. tłumacząc teksty piosenek. Oczywiście wiadomo, że poziom literacki tych utworów bywał straszny, a i bywa nadal. Mój ulubiony tytuł to „Lipstick on your collar”, który można przetłumaczyć jako „Szminka na twej obroży”, a nie – banalnie – „na twym kołnierzyku”. To od razu dodaje pikanterii całej sprawie. 

 
*
Kiedy podróżowaliśmy z panią Wisławą Szymborską po świecie, głównie po Europie, pisałem dzienniki. Potem dawałem jej to do przeczytania, a ona, patrząc na nie z udawaną odrazą, mówiła: „Pan pisze tylko o tym, co myśmy jedli, nic pan nie pisze o żadnych zabytkach”. To prawda, że absolutnie uwielbiam jeść i gadać o jedzeniu, nie lubię natomiast gotować, nie potrafię i bronię się przed tym z powodów ideologicznych – podejrzewam, że gdybym coś umiał przyrządzić, to by mi już tak nie smakowało. Proces produkcyjny mnie nie interesuje, podobnie jak znajomość procesu produkcji samochodu nie jest mi potrzebna, żeby mieć przyjemność z jazdy. Natomiast bardzo się cieszę, że mamy teraz w Polsce taką różnorodność kuchni, że można odkryć nagle nowy smak. Prawdopodobnie za sprawą tatarskich przodków bardzo lubię mięso, najchętniej czerwone i najchętniej krwiste. Zresztą ryby też wolę lekko surowe. Gdybym miał opisać miejsce, w którym jadłem najlepiej na świecie, to wróciłbym do hotelu na Sycylii, prowadzonego przez pół Polkę, pół Włoszkę, panią Katarzynę Valentino. Co wieczór serwowała na kolację „co morze przyniesie”. Robiła tam niesamowity „fusion”: mieszała kuchnię polską i sycylijską, w której można znaleźć wpływy kuchni mauretańskiej. Spod jej ręki wychodziły dzieła epickie, w których przecinały się nieoczywiste smaki i to w różnych tempach. Gdybym miał gdzieś poprosić o azyl polityczny, to właśnie w prowadzonym przez nią hotelu. 

 
*
Nie umiem palić papierosów. Nigdy nie umiałem, ale jakoś nie miałem z tego powodu problemów towarzyskich. Potrafię się zaciągać, ale bez przyjemności. Ani moim rodzicom, ani pani Szymborskiej, nie udało się obudzić we mnie namiętności do palenia. Od czasu do czasu zapalę sobie fajkę, w minimalnych ilościach sprowadzam tytoń. Za to lubię alkohol, nie ukrywam. Bardzo pod tym względem podobał mi się festiwal literacki w Edynburgu, na który zostałem zaproszony kilka lat temu. Poza niewątpliwymi walorami artystycznymi, miasto, w którym się odbywa oferuje mnogość znakomitych gatunków whisky. Festiwal okazał się zdecydowanie za krótki, by udało się poznać wszystkie gatunki. Tak dogłębnie, jak by się chciało. Whisky – nie koniak – to mój ulubiony alkohol. Wiem, że Kraków ma opinię miasta pijackiego. To jest już chyba nieaktualny stereotyp, powiedziałbym jednak, że Kraków jest niebezpieczny nie tyle alkoholowo, ile  towarzysko. Jerzy Pilch słusznie kiedyś zauważył, że krakowski rynek to jedna wielka knajpa. Jak człowiek przysiądzie gdzieś na jakiejś ławeczce, to zaraz podchodzi kelner. Przejście przez Rynek zawsze wiąże się z niebezpieczeństwem, że spotka się jakiegoś znajomego, który w najlepszym przypadku zaciągnie na kawę, a zazwyczaj głębiej.

 
*
Kobieca ikona z czasów młodości? To chyba była Farrah Fawcett, ta z „Aniołków Charliego”. Przypominam sobie, że powiesiłem sobie plakat z nią w pokoju. Późnej był okres Madonny. Miałem wywieszoną okładkę, dostałem longplay „Like a Virgin”. Nie miałem plakatu, więc zrobiłem sobie takie podpórki z gwoździków, żeby owa okładka mogła sobie wisieć na ścianie w postaci plakatu. Przez jakiś czas miałem plakat Urszuli, „Dmuchawce, latawce”, z oryginalnym podpisem artystki, pozującej w kuriozalnych czerwonych rajstopach. W przedszkolnych i wczesnoszkolnych przedstawieniach grałem najczęściej bociany, w identycznych rajstopach. Na szczęście szybko mi przeszło. Zacząłem chyba zwracać uwagę na dziewczęta jako takie, a nie ikony popkultury. Szczególnie na brunetki. Moja żona jest brunetką. Ponoć podświadomie szukamy kobiety podobnej do naszej matki, przynajmniej z koloru włosów; w moim przypadku ta freudowska zasada się sprawdza. A wracając do ikon: być może także dlatego podoba mi się Penelope Cruz, szczególnie kiedy gra u Almodovara. 

 
*
Lubię nosić marynarki, głównie tzw. sportowe, mniej zobowiązujące. Odkąd pamiętam, mam kompleks wąskich ramion – kultura wymaga przecież od mężczyzn, żeby mieli potężne bary. Dlatego wcześnie zacząłem nosić marynarki, niestety początkowo, ze względu na modę i braki na odcinku eleganckiej galanterii, były to wyłącznie modele z wielkimi poduchami. Nota bene, nie wiem dlaczego, ale polski mężczyzna zazwyczaj wybiera sobie marynarkę nie na ciało, tylko na ego – zawsze jest za duża. Kiedyś miałem taki pomysł, żeby namówić fotografów do podróży po Polsce. Robiliby zdjęcia ludziom, poproszonym wcześniej o to, żeby ubrali się najpiękniej, jak potrafią. Nie chodziłoby ani o to, żeby się z nas śmiać, ani o to, by się dowiedzieć, kim jesteśmy, ale taki projekt pokazałby nam samym, kim chcielibyśmy być. Jestem pewien, że mężczyźni mieliby na sobie za duże marynarki.